Antoni B. Stępieńaudio i videomistrzowie

Lubelska Szkoła Filozoficzna – wywiad z Prof. Antonim B. Stępniem

Wywiad z Prof. Antonim B. Stępniem 15 maja 2017 r. przeprowadził Błażej Gębura

Lubelska Szkoła Filozoficzna – wywiad z Prof. Antonim B. Stępniem

Błażej Gębura: Dzień dobry Panie Profesorze.

Prof. Antoni B. Stępień.: Dzień dobry Panu.

BG: Rozmawiamy dzisiaj z panem profesorem Antonim Stępniem. Będziemy rozmawiać o Lubelskiej Szkole Filozoficznej. Panie Profesorze, moje pierwsze pytanie dotyczy samych początków Lubelskiej Szkoły Filozoficznej. Chciałbym zapytać, czy to przedsięwzięcie powstało niejako spontaniczne, czy raczej jego przyczyną był jakiś świadomie przyjęty program badań filozoficznych; czy to była świadoma decyzja, że budujemy szkołę filozoficzną?

ABS: Na ten temat dokładnie są już pewne wypowiedzi bezpośrednich aktorów tej całej sprawy. Jest – najbardziej miarodajna – wypowiedź Swieżawskiego i wypowiedź Krąpca. Ja byłem obserwatorem tej sytuacji – powiedzmy sobie – z drugiej ręki, jako należący do pierwszego pokolenia uczniów założycieli szkoły. Według samych oświadczeń Swieżawskiego i mojego udziału w tym przedsięwzięciu mogę powiedzieć tak: ówczesna sytuacja kultury polskiej była głównym tłem, a nawet inspiratorem tego przedsięwzięcia. To był rok 45’ i lata następne. To był czas, kiedy nastąpiła zupełnie nowa sytuacja – przede wszystkim – polityczna, ale za tą sytuacją szła również perspektywa rozwoju społeczności polskiej w ogóle i społeczności katolickiej w Polsce. W pewnym momencie tak się zdarzyło, że pewni, obecni na naszym wydziale profesorowie uświadomili sobie, że grozi nam – społeczeństwu polskiemu – wielka klęska, czy wielkie niebezpieczeństwo. To uświadamiano sobie, uświadamiano sobie, że to narastało. Najpierw partia komunistyczna załatwiała sprawy czysto polityczne, czysto wojskowe, nie wchodząc w szczegóły,  ale potem zabrała się do tego co marksiści nazywają nadbudową, czyli do przemian świadomości społeczeństwa. Wydawało się, a przynajmniej niektórzy mówili: „spróbujemy”.  Wydawało się, że w 45’ czy 46’ roku jeszcze będzie można kontynuować to, co okupacja hitlerowska zatrzymała, czyli kontynuować tę atmosferę życia kulturowego, intelektualnego, również w uniwersytetach, jaka była przed wojną. Nie tylko wznowiono dawne czasopisma, ale próbowano wydawać książki, uczyć, odnawiać szkolnictwo średnie i wyższe. To było możliwe dopóki partia komunistyczna była zajęta czymś innym, lecz jak wreszcie poczuła się mocna, to zabrała się za naukę, życie akademickie, za to, co marksiści nazywają nadbudową. Czasy stalinowskie zaczęły się tak na dobre – jeśli operować latami akademickimi – w roku 49/50. To był początek coraz bardziej opresyjnego ograniczania swobody myślenia, swobody publikacji, nauczania, publicznych dyskusji itd. Ja maturę zrobiłem w 50’ roku, w czerwcu, a więc zrobiłem ją wtedy, kiedy był ten rok przełomowy, kiedy rozpoczęto coraz bardziej agresywną i dotkliwą politykę kulturalną. Tak się złożyło, że założono wydział filozoficzny na KULu, realizując zresztą przedwojenną jeszcze uchwałę senatu. To nie znaczy, że filozofii nie było wcześniej na KULu; była, ale jako tzw. grupa nauk filozoficznych na Wydziale Nauk Humanistycznych. Taka grupa nie była jednak specjalnie eksponowana, przed wojną filozofia rozwijała się głównie gdzie indziej, lecz ten wydział, który został utworzony w wyniku pewnych decyzji administracyjnych rządu okazał się jedynym wydziałem filozoficznym, który miał wewnętrzną autonomię. Kiedy w 50’ roku poszedłem (urodziłem się w Sosnowcu, więc najbliżej miałem Kraków) zapisać się na filozofię i muzykologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, to poinformowano mnie, że filozofia została zamknięta, że profesor Ingarden poszedł na przymusową emeryturę. I miałem do wyboru w takim razie tylko KUL, bo wiadomo było, czego mogę się spodziewać gdzie indziej. I w ten sposób znalazłem się tutaj. Kilku profesorów uświadomiło sobie, jaką rolę ten Wydział ma do odegrania. Jacy to byli profesorowie? Profesor Swieżawski i Jerzy Kalinowski. Kalinowski był młody i energiczny. Oni zaczęli zastanawiać się, jaką rolę mają do odegrania w tej sytuacji. Sytuacja historyczna skłoniła ich do zastanowienia się, że Wydział Filozoficzny został postawiony wobec pewnej sytuacji i powinien odegrać pewną rolę. Kto był inicjatorem, to wiadomo. Swieżawski i Kalinowski. Dziekanem był ks. Pastuszka, ale miał on tylko taką ideę, żeby wydział miał pełną obsadę, sam nie podejmował żadnej specjalnej akcji ideowej; chodziło o to, żeby zabezpieczyć skład osobowy wydziału. Rozmówcą Swieżawskiego i Kalinowskiego był Ojciec Bednarski, dominikanin. Właściwie dopiero rzecz nabrała impetu, gdy w 51’ roku doszedł do tego grona Ojciec Krąpiec, młody dominikanin. Ojciec Bednarski zapowiedział zresztą na swoich wykładach z etyki, że na Wydział przyjdzie młody, świetnie się zapowiadający dominikanin. Sformułowali oni we trójkę pewne zadanie dla tego środowiska. To zadanie właściwie później się wyklarowało, to nie jest tak, że oni od razu ustalili koncepcję. W trakcie rozmów, były one dość intensywne w latach 51-52, doszli do pewnej koncepcji. Do tej trójki doszedł, z pewnym ociąganiem, ks. Kamiński. Starzy profesorowie ze względów politycznych zostali przez władze komunistyczne wyrzuceni z KULu. Pastuszka, Adamczyk, Strzeszewski i jeszcze jeden profesor z teologii. Na placu boju zostali ci młodzi. Kalinowski został dziekanem. Była więc koncepcja, a zarazem tak się zdarzyło, że mieli władzę na Wydziale; mogli tę koncepcję realizować w programie nauczania. Można ją streścić do trzech punktów: oni się zgodzili, że trzeba uprawiać filozofię, nawiązując do głównego nurtu klasycznej filozofii, a więc tomizm, a więc metafizyka jako główny fundament tomizmu. Nie chodziło jednak o tomizm szkolny, lecz o bardziej nowocześnie ustawiony, bardziej aktywny, a przede wszystkim pozbawiony tych wszystkich esencjalistycznych naleciałości. Tutaj był wyraźny wpływ Gilsona. Swieżawski był bezpośrednim, przedwojennym uczniem Gilsona, ze szkoły Twardowskiego przeszedł do Paryża. Krąpięc był pilnym czytelnikiem Gilsona, a Kalinowski też akceptował tę orientację. W rezultacie uznali, że ta filozofia, która może się przeciwstawić ideologii marksistowskiej, zagrażającej kulturze polskiej i duchowości polskiej, to będzie tomizm egzystencjalny w duchu Maritaina, ale przede wszystkim w duchu Gilsona, według którego podstawową dyscypliną jest teoria bytu, metafizyka. Musi to być tomizm oparty z jednej strony na dobrej znajomości dziejów filozofii, podbudowany źródłową erudycją historyczną, a z drugiej strony tomizm otwarty na dyskusję z współczesnymi kierunkami. Jakie kierunki były najbardziej dominujące? Pozytywizm, nie filozofia analityczna, która dopiero się rozpowszechniała. Neopozytywizm świecił wszystkim w oczy swoją znajomością logiki, udziałem logiki w analizie itd. Wobec tego trzeba było rozbudować stronę metodologiczną ze znajomością współczesnej logiki. I to był ten trzeci moment, szczególnie akcentowany przez Kalinowskiego i Kamińskiego. Rzecz powstała ze względu rozeznanie pewnych zagrożeń związanych z ówczesną sytuacją polityczno-społeczną. Był też egzystencjalizm, ale on nie sprawiał nam kłopotu.

BG: Panie Profesorze, właśnie chciałbym nawiązać do tego, bo mówił Pan o osobach, które tworzyły to środowisko. Można odnieść wrażenie, że były to osoby nie tylko – mówiąc kolokwialnie – mocne filozoficzne, ale były to także mocne osobowości, bardzo różne. Jak wyglądało z punktu widzenia Pana Profesora, uprawianie filozofii w takich warunkach. Czy między  aktorami tego środowiska dominowała rywalizacja, współpraca, czy może istniał jakiś balans pomiędzy tymi postawami?

ABS: Oni się po prostu uzupełniali, to było komplementarne. Oczywiście były pewne akcenty i pewne nachylenia. Swieżawski reprezentował klasyczną kulturę akademicką. Kamiński zwracał uwagę na precyzję wypowiedzi, na rozeznanie we współczesnych metodologicznych dyskusjach. Natomiast Krąpiec porwał nas wizją tej egzystencjalnej koncepcji bytu. Każdy z nich o czym innym nam mówił. Nota bene, oprócz nich, były wykłady bardziej tradycyjnie. Np. Ks. Adamczyk wykładał metafizykę czy kosmologię w duchu tomizmu tradycyjnego. Co więcej, ci zwolennicy tomizmu tradycyjnego byli nieufni wobec „nowinek” gilsonowskich. To była pewna nieufność. Można by przytoczyć różne anegdoty związane z tym, jak to się przejawiało, ale się przejawiało. Tomizm ks. Pastuszki to było połączenie tomizmu tradycyjnego (kształcił się w Innsbrucku, u jezuitów) z pewnymi naleciałościami augustyńskimi. Oni byli nieufni wobec tzw. nowinek francuskich. Nie wszyscy chcieli wejść w dyskusję. Na wykładach zdarzały się wzajemne złośliwości, lecz studenci byli – prawie wszyscy – pod wpływem tych czterech panów. Oni im imponowali, oni nadawali ton w nauczaniu. To nie było tak gładko. Ja słuchałem takich i takich wykładów. Studenci mieli zestaw różnych ujęć i różnych tradycji w ramach szeroko rozumianego tomizmu. Dlaczego ważny był ten wątek metodologiczny? Z jednej strony, promieniowała kultura Szkoły Lwowsko-Warszawskiej. Większość katedr w Polsce, póki nie nastały czasy stalinowskie, zajmowali uczniowie Twardowskiego, a z drugiej rzecznicy marksizmu wmawiali wszystkim, że to oni reprezentują tzw. naukowy obraz świata. Wobec tego, musieliśmy być uzbrojeni w aparaturę metodologiczną-logiczną. I okazuje się, że byliśmy lepiej uzbrojeni w nią niż ci marksiści, czy niektórzy wąscy pozytywiści. To przejawiało się dopiero po pewnym czasie, kiedy pękła ta bariera i spotkaliśmy się w 57’ roku, ale to już osobna sprawa. W każdym razie, te osoby wypracowały pewien styl bycia, który zdobył prawie wszystkich słuchaczy. Oni się uzupełniali, nawet jeżeli były jakieś kontrowersje i małe złośliwości, to właściwie była współpraca tych osób. Co więcej, oni się przyjaźnili. Nawet jeżeli mieli inne zaplecze i inną osobowość, to oni jakoś się przyjaźnili, nawzajem siebie, w mniejszym lub większym stopniu, szanowali. Poza tym, każdy pracował w trochę innej dziedzinie. To była raczej sytuacja komplementarnego współdziałania niż ścierania się różnych opinii.

BG: Panie Profesorze, chciałbym jeszcze trochę dopytać, o to, jak ta współpraca wyglądała na jednym przykładzie. Wydaje się, że bardzo cenną inicjatywą było tzw. Konwersatorium Metafilozoficzne, w ramach którego współpracował Pan z profesorem Kalinowskim. Jaka była geneza tego przedsięwzięcia i jak wyglądały pracy w ramach Konwersatorium?

ABS: Geneza była taka. Pierwsze pokolenie uczniów widziało potrzebę współpracy. Zanim Krąpiec z Kamińskim zaczęli współpracować, myśmy chcieli, żeby ze sobą współpracowali. Widzieliśmy, że dobrze byłoby, aby ten impet ideowy Krąpca był wzięty w pewne klamry metodologiczne Kamińskiego. Myśmy to podpowiadali. To odpowiadało Kalinowskiemu. Wobec tego świeżo upieczeni doktoranci, czy starsi studenci poszli do dziekana Kalinowskiego, żeby zrobił takie konwersatorium. A więc inicjatywa wyszła od nas. Ja, Gogacz, Koj, mógłbym wymienić około dziesięciu osób. Myśmy prosili Kalinowskiego, żeby podjął taką inicjatywę. To nie było tak, że Kalinowski mówił ex caethedra, a myśmy tylko zapisywali, tylko to był zespół ostro dyskutujący, ostro kłócący się o to, żeby zrealizować pewne zadanie. Inicjatywa przyszła od słuchaczy pobudzonych tym, co usłyszeli u Krąpca, u Kamińskiego, u Kalinowskiego. To była nasza, oddolna inicjatywa, a Kalinowski się na to zgodził. To było tzw. seminarium privatissimum. Spotykaliśmy się poza programem studiów, chcieliśmy jak najwięcej rzeczy przedyskutować.

BG: Czyli była to praca zespołowa?

 ABS: Całkowicie, inicjatywa była oddolna, ale inspiracja płynęła od naszych wykładowców. Oni nas tak zaintrygowali, że była potrzeba zorganizować jeszcze pewne pole dyskusji, poza wykonywaniem programu studiów.

BG: Czy była taka cecha, którą ta szkoła się wyróżniała jakoś szczególnie? Czy to był maksymalizm filozoficzny, czy może coś jeszcze innego?

ABS: Można powiedzieć, że myśmy byli romantykami, to znaczy myśleliśmy, że dużo rzeczy zrobimy. Chociaż różniliśmy się między sobą bardzo, to zarazem poczuliśmy się jednością, wspólnotą. I myślę, że złożyły się na to dwa czynniki: byliśmy w narzuconym gettcie, władze komunistyczne narzuciły nam getto. Nie mogliśmy się kontaktować z zagranicą i innymi ośrodkami uniwersyteckimi. Były przeszkody. Były problemy z publikacją, z dostępem do literatury. Czyli to było przymusowe getto, czynnik, który nas jednoczył. Poza tym, łączyło nas wspólne zadanie. Myśmy się czuli, iż jesteśmy wyróżnieni, że możemy w tym środowisku studiować. Co więcej, atmosfera była taka, że przychodzili marksiści studiować u nas, ażeby nauczyć się warsztatu. Jak ktoś chciał być rzetelnym historykiem filozofii, to tylko na KULu mógł się tego nauczyć.

BG: Czyli jakoś próbowano przełamywać te bariery? Jakieś kontakty jednak były?

ABS: To były kontakty poszczególne, indywidualne. Zespół się czuł w gettcie. Cały czas był problem, czy KUL zostanie zlikwidowany. Ja myślałem, że zostanę kawiarnianym muzykiem, jeśli nie będę mógł zajmować się filozofią. Każdy zastanawiał się, co by robił, gdyby KUL został zlikwidowany. To była dodatkowa otoczka tej wspólnoty, a to była naprawdę wspólnota. Myśmy lubili spotykać się z profesorami: wspólna gra w siatkę, wycieczki itd. Jak były zabawy taneczne, to chcieliśmy, żeby wszyscy byli razem. To była wspólnota wielostronna, wieloaspektowa.

BG: Czyli z jednej strony było poczucie ważnego zadania społecznego, z drugiej, wspólne życie, a z trzeciej, świadomość, że to wszystko jest ciągle zagrożone.

ABS: Świadomość, że jesteśmy w narzuconym gettcie.

BG: Panie Profesorze, chciałbym podrążyć temat tych kontaktów. Wydaje się, że jest to bardzo interesująca kwestia. Jak kształtowały się te kontakty, nawet jeżeli sporadyczne i półoficjalne z przedstawicielami innych środowisk filozoficznych? Jak to wyglądało?

ABS: Jako przykład podam Polskie Towarzystwo Filozoficzne Przed wojną były poszczególne towarzystwa związane z poszczególnymi ośrodkami akademickimi, to było nawet dobre, chociaż nie było to na rękę komunistom. Po wojnie zrobiono jedno powszechne towarzystwo i poszczególne towarzystwa regionalne stały się oddziałami Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. W Lublinie założycielami oddziału byli prof. Łubnicki (UMCS) i Jerzy Kalinowski. Wobec tego, dopóki Jerzy Kalinowski był w Lublinie (w 57’ roku wyjechał do Paryża), dopóty był wiceprzewodniczącym. Potem nastały czasy coraz bardziej stalinowskie i wyraźnie władze dawały do zrozumienia Łubnickiemu, że nie życzą sobie, że w prezydium był ktoś z KULu. Profesor Łubnicki nie chciał zadzierać, nie był marksistą, był „marksistą z konieczności”, z przekonania był pozytywistą, empiriokrytykiem, bardzo skrajnym w swoich poglądach. Jak po Październiku 1956 się poluzowało, to ja przez jakiś czas byłem wiceprzewodniczącym lubelskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. Po pewnym czasie Łubnicki mi dał do zrozumienia, że władze źle na to patrzą i ja się sam wycofałem.

Natomiast owszem bywaliśmy: od czasu do czasu, odbywały się posiedzenia, na których zapraszano osoby spoza Lublina i tam Kulowcy bywali i zabierali głos. To było jedyne, oficjalne forum kontaktów między środowiskami. Zresztą to w różnych czasach bywało. Były takie okresy, w których dziekan w UMCS wyrzucał ze studiów studentów, którzy przychodzili na Tydzień Filozoficzny. W różnych okresach to nasilało się, potem były okresy luzu. Cenzura szalała. Nie tylko skreślała, ale dopisywała. Do tekstu Siostry Zdybickiej dopisywała, że Bóg istnieje „według wierzących”. Były tragikomiczne sytuacje, ale to się zmieniało. W tym pierwszy okresie było tak, jak mówiłem, aż do czasów tzw. październikowych w 56’ roku.

BG: Panie Profesorze, gdybyśmy mieli dokonywać jakiego bilansu: tego co się udało, co się nie udało. Gdyby Pan Profesor miał wymienić dwie prace, które powstały w obrębie szkoły, a które Pan Profesor uważa za ważne filozoficzne, to jakie byłyby to prace?

ABS: Owszem, prace były. Ważne było to, że było środowisko i ono zapromieniowało później, po wydarzeniach październikowych. Nasi absolwenci mogli wykładać filozofię w seminariach, potem utworzono jeszcze inne szkoły wyższe, mogli przyjść do uniwersytetów. Po prostu nasi absolwenci odegrali ważną rolę, przynieśli warsztat. Nie tylko w filozofii, ale także w psychologii. Najlepiej wykształceni w technice testowej byli nasi psychologowie. Myśmy wykształcili pewnych absolwentów, którzy jak minęły czasy stalinowskie, to nagle odegrali ważną rolę. I to jest najważniejsze. Owszem, poszczególne książki są ważne, ale najważniejsze jest właśnie to, że wytworzyliśmy pewną liczbę kompetentnych absolwentów. I oni odegrali ważną rolę w całej Polsce.

BG: A co się nie udało?

ABS: Nie udało się kontynuować tej współpracy. I było tu kilka czynników. Jest świetny materiał w „Rocznikach Filozoficznych” z okazji pięćdziesięciolecia wydziału. Dotychczas zawsze, albo ja, albo Gogacz pisaliśmy o nas, to raz namówiłem Czerkawskiego, żeby napisał takie dzieje i zrobił to bardzo dobrze. Wyróżnił tam trzy okresy: okres powstania, zorganizowania, okres rozwoju i okres rozprężenia. Było kilka powodów osłabienia współpracy. Były powody zewnętrzne i czysto ambicjonalne, personalne. Myślę, że ważną rzeczą, takim punktem, była śmierć Kamińskiego (21.03.1986). Kamiński przez długi czas był dziekanem i on dbał o pewną spoistość Wydziału. Później nastąpiło pewne rozprężenie. Częściowo z powodów merytorycznych, częściowo z powodów pozafilozoficznych, np. sympatii politycznych, i częściowo z powodu pewnych ambicji personalnych. I te powody zadecydowały o tym, że to się rozprzęgło. Rozprzęgło się, ale nie do końca. Ciągle były dyskusje. Dyskutowaliśmy na przykład na tematy podstaw etyki. Wielka dyskusja między – skrótowo mówiąc – orientacyjną tradycyjną, eudajmonistyczną a personalistyczną, mówiąc hasłowo. Ciągłe była dyskusja, ciągle były kontakty, ale ciągle były też pewne uprzedzenia i głupstwa.

BG: Bergson powiedział kiedyś, mając na myśli uczniów Kanta, że w każdej szkole filozoficznej mamy do czynienia z mistrzem, czy mistrzami i uczniami, którzy próbują tychże uczniów naśladować. Natomiast uczniowie zazwyczaj nie są już w stanie nadawać nowych impulsów dla filozofii, stają się coraz bardziej odtwórczy. Czy zdaniem Pana Profesora taka diagnoza byłaby właściwa dla Lubelskiej Szkoły Filozoficznej?

ABS: Ja kiedyś powiedziałem, że rozróżniam: środowisko, kierunek, szkoła w znaczeniu ścisłym i szerszym. Napisałem, że szkoła lubelska była szkołą w znaczeniu szerszym, to znaczy nie było jednego, czy nawet dwóch naczelnych mistrzów. Było szereg mistrzów, którzy w pewnym porozumieniu realizowali wspólny program. W szerszym znaczeniu, tym była szkoła lubelska. Jak to jest z uczniami? Mistrz chciałby, żeby uczniowie byli i wierni i wybitni. Na ogół tak nie bywa. Albo jest wierny, albo wybitny. Ja myślę, że nasi uczniowie (i nie tylko pierwsze pokolenie, ale drugie i następne) dali znać o sobie. Każdy ma inne oblicze. Na przykład Stróżewski: mój nieco młodszy kolega i uczeń Krąpca. Ma swoje oblicze. Z naszej szkoły wyszło szereg wybitnych historyków filozofii. Zupełnie inne oblicze mają nasi uczniowie, którzy wytworzyli ośrodek szczeciński: Ziemińscy, Szubka. To są nasi uczniowie. Drugie pokolenie, które zarazem jest pierwszym pokoleniem moich uczniów, Zdybicka, Kałuża (wybitny uczony w Paryżu, mediewista), Gałkowscy, Herbut itd. Z naszej szkoły wyszedł Marciszewski, biskup Bejze, który odegrał pozytywną rolę w organizowaniu serii wydawniczych itd. Mógłbym wymienić co najmniej trzydzieści osób, które zaważyły na kulturze polskiej.

BG: Czy zgodziłby się Pan Profesor z tezą, że jest ciągłość pomiędzy historią szkoły a okresem teraźniejszym? Czy idee, które promowane były przez jej przedstawicieli przetrwały? Czy może są formułowane inaczej?

ABS: Są pewne cechy, które mnie niepokoją. Na przykład czytam „Roczniki Filozoficzne”, i znajduję tam artykuły, w których nie są cytowane prace naszego środowiska, np. księdza Kamińskiego. Kamiński nie jest przywołany, ale cytuje się jakiegoś anglosaskiego autora, analityków eksponuje się ponad miarę. Nas też dotyczy ta choroba tego nadmiernego eksponowania autorów obcej proweniencji. To nie znaczy, że jestem przeciwko erudycji. To już dawno tak było, nawet w dwudziestoleciu, że często w polskiej literaturze były wcześniej lepsze opracowania od tych, które znalazły się w obcej literaturze. Przecież już w dwudziestoleciu międzywojennym na zjazdach w Paryżu, Wiedniu zachwycano się występami polskich autorów; ich kulturą logiczną, erudycją. Chodzi o to, że Szkoła Lwowsko-Warszawska nie tylko znała się na logice, takż miała, lepszą lub gorszą, erudycję historyczną w filozofii. To byli ludzie, którzy znali się na logice i przyrodoznawstwie, ale zarazem przeszli przez klasyczną szkołę. Umieli czytać Arystotelesa po grecku. My dzisiaj robimy tak, jak byśmy nie mieli własnego dorobku. To mnie niekiedy niepokoi, a nawet irytuje.

BG: Śledzi Pan na pewno stan badań filozoficznych, które prowadzone są w naszym środowisku. Które z tych badań są jakoś filozoficznie obiecujące? Czy może są jakieś zagadnienia, które należałoby podjąć, a się ich nie podejmuje?

ABS: Obawiam się, że moja erudycja może nie być dokładna. Są rzeczy, które budzą moją aprobatę a nawet zachwyt. Jak czytam ostatnie Roczniki, to ja bym połowy tego jako redaktor nie przepuścił. Także generalnie nie jestem zachwycony, lecz są pewne książki, pewne tendencje badawcze, które akceptuję. Zresztą, to jest paradoksalne. Na przykład, moi najbliżsi uczniowie: Judycki i Wojtysiak, powinni się zajmować, jako następcy na Katedrze Teorii Poznania, teorią poznania, a oni zasłynęli jako odnowiciele filozoficznej teologii. Tym najbardziej zwrócili na siebie uwagę. W różnym kierunku ci moi uczniowie poszli. Jest też ktoś taki jak pan Piwowarczyk, z jednej strony, człowiek poniekąd „z zewnątrz”, a z drugiej świetnie kontynuuje pewne badania metafizyczne. Pomijając pewne szczegóły, jestem pełen aprobaty dla tego, co on robi. Nie wiem, co się teraz dzieje z filozofią przyrody, ale filozofia przyrody miała też pewne swoje dokonania. Co prawda ksiądz Heller odszedł od naszej koncepcji filozofii. Mieliśmy takich kosmologów, których prace warte były uwagi. Cieszy mnie nawiązywanie dyskusji ze współczesnymi kierunkami, również z filozofią analityczną, która ma zresztą różne postacie, lecz z drugiej strony, główny nurt naszej szkoły trochę się rozmywa w tych pracach.

BG: Przez ten brak odniesienia do wcześniejszych wyników?

ABS: Tak, przez brak odniesienia, czy też podejmowania pewnej tematyki. Mamy wartościowe studia historyczne, ale według mnie wymagania dotyczące prac dyplomowych są trochę zaniżone. To jednak nie dotyczy tylko naszego środowiska.

BG: Oczywiście, to jest ogólna bolączka.

ABS: Gorzej nie wypadamy w stosunku do innych. Tak trzeba by powiedzieć.

BG: Panie Profesorze, ostatnie pytanie. Czy istnieje takie zagadnienie filozoficzne, nad którym Pan się zastanawia aktualnie, na które może kiedyś zabrakło czasu, żeby się nim zająć?

ABS: W trzecim tomie mojego wyboru pism, który traktuję jako formę mojego pożegnania z czytelnikami, jest też tekst, który jest krótką polemiką z moimi uczniami na tematy, których nie zdołałem rozwinąć. W tej chwili, rzecz, która mnie najbardziej niepokoi, częściowo podjął ją Piwowarczyk, to zagadnienie związane z teorią bytu ludzkiego. Dotyczy nie tylko osoby ludzkiej, ale również organizmu żywego: relacja między strukturą podmiot-cechy, a część-całość. Przyrodoznawstwo eksponuje strukturę część-całość. Klasyczna metafizyka, za którą się opowiadam, eksponuje strukturę substancja-przypadłość albo podmiot cech-cechy. Jak to ze sobą zgrać? To jest ważne dla tego, żeby uzyskać prawidłową teorię organizmu i prawidłową teorię osoby ludzkiej. Druga rzecz jest związana z teorią bytu. To, co podkreśliłem w swoim wykładzie, przy okazji wznowienia doktoratu czy Nagrody Im. Radziszewskiego. Trzeba z powrotem wprowadzić w nasze myślenie kategorię przyczyny celowej. Nowożytność odeszła od przyczynowości celowej. Nie da się ani teorii organizmu, ani teorii osoby zbudować bez kategorii przyczynowości celowej. Tak że, gdybym dalej pracował, to nie zajmowałbym się problematyką teoriopoznawczą, bo wydaje mi się, że zasadniczo, ramowo (jak by powiedział ksiądz Kłósak), ukierunkowałem rozważania na jej temat, ale w metafizyce zajmowałbym się właśnie tymi dwoma sprawami: relacją między tymi dwoma strukturami w zastosowaniu do teorii organizmu, a zwłaszcza do teorii osoby ludzkiej. Oraz wagą przyczynowości celowej.

BG: Czyli coś jeszcze pozostało do zrobienia…

ABS: Zawsze jest coś jeszcze do zrobienia.

BG: Panie Profesorze, bardzo dziękuję za rozmowę.

ABS: Proszę bardzo.

  

Wywiad przeprowadził: Błażej Gębura

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *